Ja, KOBIETA! My, KOBIETY!

MOCNE STRONY KOBIETY


Podobno w życiu nie ma przypadków i coś co się wydarza zawsze czemuś służy. Coś lub ktoś, kto staje na naszej drodze. 


Tak było z moim udziałem w Akcji Mocne Strony Kobiety magazynu Cosmopolitan. Nie do końca rozumiałam swoją bardzo spontaniczną decyzję udziału w Akcji, ale później wszystko wskoczyło na właściwe miejsce. Potrzebowałam wyjść z mojego "lasu" i otworzyć się na zupełnie inne doświadczenie. Zrobić coś co do mnie nie pasuje (tak wtedy myślałam). Pójść na żywioł. Zgłosiłam się i zostałam wybrana do 20-tki Kobiet, które zdaniem magazynu są inspirujące i odważne, które podążają własną drogą. To najbardziej mnie skusiło, bo tworząc portal o ludziach podążających własnymi ścieżkami, nawet tymi, którymi jeszcze nikt wcześniej nie wędrował wiedziałam, że to szansa, by poznać takie osoby. Akcja dała mi ogromne doświadczenie w strefie o której nie miałam zielonego pojęcia. Wszystko co nowe, nieznane, pozwalało mi lepiej poznać...SIEBIE! Właśnie tak wspominam Akcję, która pokazała mi bardzo dużo o Sobie Samej. Co sprawia mi dyskomfort, czego chcę, ale też na co nie ma mojej zgody. Pokazała mi także moją mocną stronę, którą do tej pory uważałam za dosyć słabą. Ochronę siebie, swojej strefy, swoich marzeń i pasji, własnych wyborów. Tego będę chronić jak lwica i nikt mi nie wmówi, że powinnam żyć inaczej.  


Poznałam 19- ście półfinalistek, poznałam trenerki, jury, dziennikarki i całe mnóstwo ludzi, którzy pracowali, by Akcja Mocne Strony Kobiety się wydarzyła. Przyglądałam się kobietom, które są na początku swojej drogi do spełniania marzeń, ale także kobietom o ugruntowanej pozycji odnoszącej sukcesy. Poznałam czym jest kobiece wsparcie, ale też czym jest hipokryzja. Poznałam lepiej Siebie i za to zawsze będę wdzięczna, że taka Akcja powstała i że miałam jednak trochę odwagi, by się do niej zgłosić. 


Wreszcie poznałam Martę, jedną z uczestniczek, która emanowała taką energią, że prawdę mówiąc zmęczył mnie ten power ;) Muszę przyznać, że mam wrażenie, że takie nasycenie totalnie różnych osobowości (każda z nas jest z innej bajki) spowodowało istny Girl Power, który mi osobiście przegrzał nieco zwoje. Dało mi to do myślenia, że mamy taką MOC w sobie, że wręcz musimy nauczyć się nią zarządzać i co wydaje się nieco niemożliwe znaleźć wspólne podpinanie się, (chyba szukam innego słowa), by tę MOC zwiększyć i użyć w dobrym celu. Czy to jest możliwe? Wrócę do tego, bo od kilku miesięcy rozmawiam z kobietami o kobiecej solidarności i wyciągam wnioski, które przedstawię niedługo, ale zanim to nastąpi pytam Martę o kobiece wsparcie, o feminizm i dzisiaj wiem jedno, że na energię tej Kobiety trzeba się przygotować, by ją poczuć i która potrafi sprawić, że nauczyłyśmy się narazie we dwie "podpiąć" i czas pokaże co powstanie z mojej siły i Jej mocy. Jedno jest pewne, możemy zrobić mały wyłam we wszechświecie ;) 


IMG_1506JPG


Diana Dyba:  Marta, czym jest dla Ciebie feminizm?

Marta Płusa:  Powiem tak banalnie: to egalitaryzm. Oczywiście, uważa się, że feminizm to walka z mężczyznami… Tak, tak: jak zawsze wszystko kręci się wokół panów. Czy to nasza chęć wyglądania dobrze („Mężczyźni lubią chudsze/bardziej kształtne”), wyższego wykształcenia („Oni nie lubią nieambitnych/przemądrzałych kobiet”), malowania się („Oni wolą naturalny look”), pracy („Po co chcesz IM coś udowodnić?”).

Feminizm to dla mnie wolność: to ja decyduję, jak będzie moje życie wyglądało.

Ja chcę o nim decydować. Nie chcę nałożeń kulturalno-mentalnych. Nie chcę wychodzić na ulicę z niebieską szminką na ustach i żeby wszyscy się gapili i robili zdjęcia – tak, tak było w Warszawie. I słuchania: „Ale po co ty to robisz? Lepiej ci w fuksji. Mężczyźni wolą, gdy kobieta wygląda normalnie”.
Tak, feminizm to dla mnie niebieska szminka. Hahaha.



Diana:
  Osobiście często poruszam temat feminizmu wśród znajomych i do tej pory zdarzyło mi się usłyszeć od mężczyzn: „lesbijki tak już mają” (nie wiem jak to skomentować) , „dlaczego tak nienawidzicie mężczyzn” ( nie znam feministki, która nienawidziłaby mężczyzn), „chyba brakuje jej chłopa”, „więcej seksu kobieto”, (zaskakujące, że mężczyzna tak myśli sam o sobie, że najważniejsze co może dać kobiecie to orgazm? ;) ) Marta jak walczyć z takimi stereotypami?

Marta: Głosem. Krzykiem. Spokojnymi rozmowami. Postępowaniem. Zachowaniem. Mówieniem „nie” za każdym razem, gdy czyjeś gadanie, czy zachowanie jest nie fair, niesprawiedliwe, seksistowskie.
Trzeba też tych ludzi dyscyplinować za pomocą wstydu – mężczyźni to robią z nami, kobietami, gdy lecą różne inwektywy i kolokwializmy, gdy na przykład temat schodzi na sferę seksualności kobiecej. Najgorszy epitet, jaki może trafić w drugiego człowieka, to nie jest „sukinsyn”, ale „puszczalska”, „szmata”. Nawet gdy nazwiemy kogoś „gównem”, nie jest tak mocne, jak nazwiemy kobietę „dziwką”. Zauważ, że mężczyzn ocenia się przez pryzmat tego, czy są uczciwi, czy są dobrymi ludźmi i czy są dobrze wykształceni. Zaś kobietę? Przez pryzmat tego, ilu miała partnerów seksualnych. Jakby kobietę można było ubrudzić: im więcej mężczyzn, tym jej czystość, świętość, była mniej warta.
Dlatego skoro oni nas dyscyplinują za pomocą wstydu, to my też to róbmy: głośno, najgłośniej, śmiejmy się, gdy coś mówią, co nas obraża. Co ogranicza naszą wolność seksualną, kulturową, obyczajową. Czy fizyczną.




Diana: Jesteś pisarką, wydałaś książkę „Seks i inne choroby cywilizacyjne” . Książka opowiada o uzależnieniach, w tym seksoholizm. Na Twoim blogu także dużo miejsca poświęcasz sprawom seksualnym. Porozmawiajmy zatem o seksie.

Marta: O seksie? Chętnie. Z kobietą chętniej o tym porozmawiam, a wiesz, dlaczego? Nie tylko dlatego, że nasza seksualność jest ciekawsza, bardziej złożona, bardziej sensualna, czy też dlatego, że my, kobiety, chcemy się w ten seks bardziej zagłębiać… Cóż, za gra słów…. Ale też dlatego, że mężczyźni nierzadko sądzą, że jeśli piszę o seksie, to pewnie sama chętnie opowiem o swoich prywatnych doświadczeniach… ba! Że pewnie sama jestem chętna lub uzależniona od seksu. No, w końcu kobieta mówi o seksie, to pewnie jest seksoholiczką. Czy ktokolwiek, myślisz, zadał pytanie profesorowi Starowiczowi: „Pan to chyba lubi uprawiać seks, co nie?”. Wątpię. Wątpię, by miał propozycje ze strony kobiet. A co się dzieje, gdy seksuolożka czy redaktor naczelna magazynu od seksu czy pisarka/blogerka, która pisze o seksie, poruszy ten temat? Dzieje się niemalże to samo, gdy mężczyzna spotka dwie atrakcyjne lesbijki: zaraz uważa, że spełni on jakąś swoją fantazję, ponieważ świat krąży wokół niego. Zaraz zaproponuje tej parze lesbijek, czy może nie miałyby ochoty na trójkącik. Otóż nie, panowie: za dużo pornosów naoglądaliście się, ponieważ nie każda para lesbijska marzy o seksie z tobą. Wręcz rzadko kiedy która chce w ogóle uprawiać seks z mężczyzną.
Gdy pisałam o seksie w książce, miałam dość przedstawiania seksu w sposób słodko-pierdzący. Lukrowany. Nie, w trakcie orgazmu nie wylatują nam płatki róż, nie wiadomo skąd.

My lubimy seks tak samo, jak mężczyźni, tylko nam się zabrania o tym mówić. Odbiera nam się głos, ale też język, którym możemy mówić swobodnie.

I to samo piszę na moim blogu: seks dla nas, kobiet, jest czymś tak naturalnym, jak dla mężczyzn. Jak jedzenie i picie. I tak też pisałam książkę: normalnym językiem. Językiem niegłupich, normalnych dziewcząt. Z potrzebami, z uzależnieniami, z problemami. Seks taki, jaki jest. Taki, jaki one odczuwają. I wydawnictwa tak właśnie traktują kobiety: piszą językiem, jakbyśmy były infantylne, niedojrzałe seksualnie i życiowo. Te zdania w każdej książce „płonęły jej lędźwie”, „fale rozkoszy”…. No, pięknie opisany seks. Ale czy on tak wygląda? Czy jest to też zwierzęce, ostre podniecenie. Nierzadko po prostu zmęczenie i szybkie numerki, by dać upust? Powiem Ci, Diana, że jak ja, jako blogerka, dostaję od lat książki do recenzji, takie o tematyce pseudo-erotycznej, pseudo-pornograficznej, to się załamuję: naprawdę? Poziom literacki jest tak niski? Słownictwo tak ubogie? Postrzeganie kobiet i naszych potrzeb tak ograniczone?
Ale powiem Ci, że i tak ta książka jest mocno ocenzurowana. I tak wielu rzeczy tu nie ma.



Diana:  Dużo więcej jest na Twoim blogu „ Żadna kolejna miłostka. Orgazm zamiast gotowania”. Jaki jest Twój główny przekaz? Co dla Ciebie jest najważniejsze w prowadzeniu bloga?

Marta: Hahaha, „żadna kolejna miłostka” zrodziło się lata temu i dziś już nie do końca pamiętam, co autorka miała na myśli. I na pewno nie jest to piosenka „No ordinary love” Sade. Miałam wtedy skrót myślowy: żebyśmy my, kobiety, nie skupiały się tylko na miłostkach; na poszukiwaniach miłości, ponieważ nie jest to nasz główny cel w życiu. Nasz główny plan na życie. Że w życiu dla nas chodzi o coś więcej. Czy w filmach dla mężczyzn widzimy, aby główny bohater szukał miłości swego życia? Nie. Jest to film akcji, sensacja, thriller, detektywistyczne filmy. A filmy kobiece? To są komedie romantyczne albo dramaty romantyczne. Wszystko oscyluje wokół tematyki miłosnej, gdy główną bohaterką jest kobieta. I to miałam na myśli:

że jeśli mamy znaleźć się w związku, to niech to będzie wielka, porządna, namiętna, całą sobą miłość. Coś głębokiego.

A nie miłostki, byleby niby zapchać swoje życie. Byleby to życie miało sens. Nasze życie może mieć sens i głębię bez tych facetów, ponieważ to nie oni nam dadzą szczęście. I żeby była jasność: mam długoletniego ukochanego (ale o prywatnych rzeczach jakoś nie mówię za dużo), ale to nie jest miłostka. Zatem nie jestem stereotypową feministką, haha, z wąsem, nadwagą i stadem kotów.
Zaś podtytuł, czy też hasło „Orgazm zamiast gotowania”? Carpe diem, dziewczęta. Carpe, ku&#wa, diem. Bo wy macie cieszyć się ze swojego życia, czerpiąc przyjemności. Nasze miejsce nie jest w kuchni, jak nam wmawia się do tej pory. Owszem, może i pracujemy, ale nadal pokutuje przekonanie, że mentalnie pasujemy tam: że zakładać blogi to możemy o gotowaniu czy o kosmetykach. Że to są nasze główne zainteresowania: miłostki, zamążpójście, gotowanie, moda i uroda. I że niczym więcej się nie interesujemy, a jeśli się interesujemy, na przykład podróżami, polityką, książkami (pewnie miłosnymi i „Greyem”) to po to, aby przypodobać się panom.



Diana:  Uważasz, że kobiety potrafią się wspierać?

Marta: To jest to, co Ty powiedziałaś kiedyś i ja też mówię: to, że dostałam po dupie od wielu kobiet, sprawia, że jeszcze bardziej chcę wierzyć, że potrafimy wspierać.
Wierzę w równowagę: że jeśli tam gdzieś są kobiety, do których karma wróci za bycie (bez powodu) nielojalnymi względem innych kobiet, to znaczy, że jest taka sama ilość kobiet, która wspiera.


I to JA mam być jedną z nich, żeby nadrabiać te, które niszczą tę solidarność jajników.


Wierzę też jednocześnie, niestety, że wiele kobiet nie potrafi wspierać, ponieważ buduje się w nas, w kobietach potrzebę rywalizacji:
jeśli jakiejś udaje się przebić szklany sufit i ona jest na chwilę w świetle reflektorów, to ona od nowa postawi … betonowy sufit, byle inne nie były tak chwalone jak ona, jak ta jedyna, której się udało. „Bardzo zapraszam do współpracy ze mną i innymi mężczyznami, ale musisz wspiąć się po schodach, tylko że klucz do drzwi zgubił się. Więc sobie radź, ALE chętnie ci pomogę”, takie dwulicowe mówienie. Taka pomoc na pokaz jest częsta i normalna. Ale to dlatego, że nas, kobiety, się blokuje od wieków, zatem jeśli już którejś się uda przepchać łokciami i wejdzie poobijana w ten „męski świat”, to nie chce, żeby innej też się udało. I to mężczyźni na nas nałożyli tę rywalizację, a nierzadko inne kobiety to kontynuują.


My nie rozumiemy, ile MY jesteśmy w stanie zdziałać razem, gdy zapomnimy o rywalizacji. O intrygach, kombinowaniu.


Mówi się, że po cholerę nam parytety w polityce, skoro możemy startować. Wiesz, dlaczego? Ponieważ polityka to kumaterstwo: pan wciągnie pana. Pójdzie z nim an wódkę, na whiskey, zapalą sobie, pogadają o „dupach” i się dogadają. A my, kobiety, musimy udowadniać dwa razy mocniej, że jesteśmy choć w połowie dobre jak mężczyźni, żeby nas docenili choć w jednej czwartej.


fullsizeoutput_5becjpeg

Ja i Marta podczas półfinałów Akcji Mocne Strony Kobiety


Diana:   Spotkałam się ostatnio z opinią, że to my kobiety jesteśmy winne kryzysowi męskości, że to my kobiety „kastrujemy” mężczyzn. Ja osobiście takiego kryzysu nie widzę. Widzę jednak wybory kobiet i mężczyzn. Patriarchat jak był tak ma się dobrze. Piotrusiów Panów też nie brakuje. Casanova też grasuje jak grasował. Wspaniali ojcowie i partnerzy kobiet są wśród nas. Zastanawiam się, czy to my kobiety nie umiemy podejmować właściwych wyborów, czy to mężczyźni atakują nas „kastracją”, bo nie dajemy się nabierać na to, co nam nie pasuje?

Marta:   Ale ci mężczyźni biedni… My przez wieków byłyśmy stłamszone. Nasza władza i seksualność i prawa, a jak już się dorwałyśmy do tego, to oni tacy poszkodowani.
My jesteśmy słabą płcią? Mężczyźni przywłaszczyli sobie władzę na przestrzeni wieków, a my, mimo wszystko, ją wywalczyłyśmy. I to my jesteśmy słabe? To my się nie poddałyśmy i walczyłyśmy. A oni przy byle potknięciu płaczą, że mają kryzys? Hahaha.
Dokładnie: Piotruś Pan jak chciał, tak lata dalej, a my musimy się ustabilizować. Casanova jak chciał, tak dalej zalicza kobiety – zalicza, bo przecież jak kobieta też ma orgazm, to nie ona jego zaliczyła, ale on ją – ale to my musimy się leczyć, kiedy zachowujemy się tak samo swobodnie jak panowie w sferze seksu.
Jest wielu cudownych mężczyzn. I dlatego też, jak już takiego spotkamy, to – a propos rywalizacji kobiet – szarpiemy się o niego. Upokarzamy drugą kobietę, aby wyjść w oczach drugiego mężczyzny jak najlepiej.
My zbyt dużego wyboru chyba nie mamy: jak już zdarzy się taki „no nienajgorszy”, to musimy (!) go złapać, ponieważ przecież zegar biologiczny nam tyka – ciągle słyszymy te głosy zewsząd, że zaraz nikt nas nie zechce; że 40-latek to może jeszcze założyć rodzinę z 30-latką, z 20-latką, a my taki stary materiał genetyczny to do kosza. Tylko, że do XX wieku uważano, że to, czy rodzi się chłopiec czy dziewczynka, zależy od matki i dopiero jakiś czas temu odkryto, że jednak „winą” za tę dziewczynkę obarczać winno się panów, a dopiero parę lat temu odkryto, że to, czy dziecko urodzi się z zespołem Downa czy Aspergera czy Autyzmem zależy od wieku nie matki, ale właśnie ojca. To nam, kobietom, powtarza się, że to my musimy się spieszyć. A wyborów nie należy podejmować pod wpływem strachu, a jednak je podejmujemy: zegar biologiczny tyka. Wybija straszne tik-tak nam.



Diana:
  Zgłosiłaś się do Akcji Mocne Strony Kobiety magazynu Cosmopolitan - tam się poznałyśmy :)
Marta: Tam się poznałyśmy! :)


Diana:
Otrzymałaś nagrodę publiczności, co jest ogromnym poparciem dla tego co robisz. Dlaczego zgłosiłaś się do tej Akcji i co Ci to dało? 

Marta: Wiesz, pozakładałam 2 tysiące profili na Facebooku, żeby na siebie zagłosować i wygrać. Hahaha.
Dlaczego się zgłosiłam? Powiem Ci, dlaczego się nie zgłosiłam: nie powiem, że po to, aby poznać świetne kobiety, ponieważ nie miałam pojęcia, kto tam będzie. Kto się zgłasza do takich akcji, konkursów.

Ja do tej pory siedziałam w środowisku stricte feministycznym, ale i tu paradoksalnie spotkałam się z największą rywalizacją ze strony kobiet.

Powiem Ci banalnie: ja nawet nie pamiętam momentu, kiedy zgłosiłam się. Potem gdy zadzwoniła nasza Antośka, myślałam, że to pomyłka, bo zapomniałam o tym. A potem przypomniałam sobie, że zgłosiłam się, gdy… byłam wściekła na wydawnictwo, z którym podpisałam umowę, ale ją rozwiązaliśmy po paru miesiącach. A rozwiązaliśmy, ponieważ… werble!…. Chcieli najpierw tytuł mojej książki zamienić na bardziej „marketingową”, czyniąc z tego Harlqeuin. Następnie zaproponowali mi okładkę, którą… no sama przyznasz, że jest seksistowska i tandetna. Szowinistyczna. Tak mówi każdy. I za nic nie chciałam zrobić po ich myśli, więc rozwiązaliśmy umowę. Wściekłam się, że tak traktują czytelniczki – jak debilki. I że nie wydam książki, która miała być thrillerem, a chcieli ją sprzedać jak harlequin.


Diana:  Marta, po tym jak pokazałaś mi te nowe okładki jakie zaproponowało wydawnictwo i to co powiedzieli o potencjalnych czytelniczkach uważam, że masz charakter! Brak zgody na ściemę, na podążanie najniższą linią oporu - brawo! Takich autorów chcę czytać, słuchać, poznawać, którzy nie uginają się pod marketingową (na dodatek nieudolną) próba zamknięcia Cię w szufladkę.

Masz odbiorców, którzy chcą Cię słuchać, którzy lubią jak to niektórzy określają Twój „niewyparzony” język ;) Ja nazywam to odwagą zabierania głosu, który przecież każdy z nas ma. Co chcesz przekazać swoim głosem?

Marta:   Ja niewyparzona? Niemożliwe! Ja jestem oazą spokoju. Pomyślę dziesięć razy, zanim coś powiem. Hahahaha. Aż się sama z siebie uśmiałam. Ale jak to mówią: śmiej się z siebie, a będziesz miał ubaw do końca życia.
Chyba jestem idealistką i po prostu mówię, co myślę. Kiedyś tak koleżanka do mnie powiedziała: „Jesteś idealistką, bo zamiast zastanowić się, co ma ci to dać, mówisz, ponieważ uważasz, że trzeba powiedzieć prawdę. Co by to nie było”.
A może nie wiem, co innego miałabym mówić, aniżeli to, co myślę. A uważam, że za dużo jest nieszczerości, kombinowania w świecie, za dużo niesprawiedliwości, a jako Waga zodiakalna mam alergię na tym punkcie, więc wierzę, że coś zmienię, jeśli będę o tym krzyczała.


Diana:  Wróćmy na chwilę do Akcji Mocne Strony Kobiety. Spotkałyśmy się podczas półfinałowego weekendu na którym nie zabrakło wielu atrakcji. Dla mnie najciekawsze były warsztaty jakie zorganizowało nam pismo, a dla Ciebie? Co z półfinałów wspominasz najlepiej?

Marta: Warsztaty! Aleksandry naszej cudownej. Na warsztatach z Kasjaną – również świetną dziewuchą – spałam. Niestety. Ale nie na jej warsztatach! Tylko musiałam pójść do pokoju, ponieważ miałam migrenę. A szkoda, bo kobieta jest świetna! A mnie zapamiętała dzięki granatowej szmince, haha.
Oczywiście, wspominam najlepiej moment, gdy ogłosili wyniki: mogłam przestać udawać miłą! I powiedzieć: „In your face, losers!”. A poważnie: do warsztatów podeszłam sceptycznie z początku, myśląc, „świetnie! Znowu rozgrzebywanie się w swoich emocjach, uczuciach, przeżyciach...”. Ale o to weszła Aleksandra, cała na biało… I tą swoją energią zaczęła od tego, „Czego potrzebujemy?”, wprowadziła zasady wzajemnego szacunku. Pamiętasz to ćwiczenie? Z dziewczynami miałyśmy dobrać się w pary, wybrać kartę spośród milionów (no, dobra: kilkudziesięciu) i opisać, dlaczego ta karta została przez nas wybrana, jak mamy na imię, ale dlaczego wolimy, żeby do nas zwracać się inaczej itp. Gdy moja "partnerka" zaczęła o mnie mówić pewne rzeczy, więcej niż to, co ja jej powiedziałam, a co sama zaobserwowałam, było mi nieco dziwnie... Bo miło. Potem zobaczyłam, że jedna z nas również zareagowała nie-obojetnie na słowa swojej "partnerki". Na Twoje słowa. Popłakała się. Dlaczego? Ponieważ słowa były miłe. Budujące. A Twoja partnerka nie była zbytnio emocjonalną czy płaczliwą osobą, to skąd ten płacz? Zrozumiałam, że dlatego on był, ponieważ my, kobiety, potrzebujemy usłyszeć właśnie od innej kobiety budujące słowa. To my mamy tę moc, jak to śpiewał klasyk, czyli Elsa z „Frozen”.
Zapamiętałam to, że gdy przebierałyśmy się do sesji: ubrania były ładne, ale wyszła jedna z nas i powiedziała do mnie, „Nie spodobają ci się, choć są ładne, to nie twój styl”. I to było fajne, że inna wiedziała, czego chcę. To było ostatniego dnia, a pierwszego nasze spotkanie w ogrodzie przed hotelem: to, że każda była inna. Wszystko było nowe. I historie dziewcząt. I to, że podeszłyśmy do siebie i Ty najpierw mnie zapytałaś: „Czy Ty jesteś z Berlina? Bo tak wyglądasz”, a ja zapytałam, czy Ty jesteś Panna zodiakalna, ponieważ tak wyglądasz. Bo Panny później się starzeją… I to, że m.in. Ciebie sobie upatrzyłam i chciałam, żebyś usiadła przy moim stoliku, ale zniknęłaś.

Diana: Zabrzmiało jak z thrillera - zniknęłam…a Ty mnie sobie upatrzyłaś :) może dlatego zniknęłam ;) haha Na półfinałowej kolacji skończyłyśmy jednak razem, proszę bardzo :)


fullsizeoutput_5be7jpeg

Od lewej: Daga Szolc, Marta Płusa, Ja, Ksenia Siadkowska 



Diana:   Akcja miała za zadanie zderzenie ze sobą zupełnie różnych osobowości, jak to podkreślało jury każda z naszej 20-tki jest zupełnie inna z czym się zgadzam po poznaniu każdej dziewczyny. Jest to ogromna wartość spotkania się kobiecych różnic, bo przecież jednym ze stereotypów jest, że „wszystkie jesteśmy takie same” co jest nieprawdą? Na podstawie tego doświadczenia uważasz, że różnice się przyciągają, czy odpychają?

Marta:  Uważam, że tak. Hahaha. To wszystko zależy od jednostki. Są ludzie, którzy chcą mieć takich samych ludzi wokół siebie. Ja jestem Waga: lubię kolekcjonować. Jestem z przedziału żywiołowego powietrze: lubię różnorodność. Uważam, że to nas wzbogaca, jeśli przyciągniemy wokół siebie różnorodne kobiety. W życiu z niektórymi kobietami – czy to na Akcji, czy poza nią – bym się nie dogadała, a jednak ludzie byli zaskoczeni, jeśli z jakąś mi się udało. Mnie chyba nudzą ludzie podobni do mnie, ponieważ o czym tu dyskutować? Co nowego może mi powiedzieć ktoś, kto ma takie same poglądy jak ja? Jedynie dobrze, jeśli je uzupełnia.
Uważam, że mądre kobiety będą ceniły tę różnorodność. Że mądre kobiety zrozumieją, że właśnie powinnyśmy przyciągać różnice. To tak, jakbyś całe życie jadła jedno swoje ulubione danie…. Tak porównuję to do jedzenia, ponieważ mam permanentny apetyt. Na życie też…. Nie ma to żadnych wartości odżywczych, jeśli tylko jedno danie przyjmujesz. Tak samo jest z różnorodnymi kobietami: ktoś może powiedzieć, jak mogłam mi się spodobać kobieta, która jest np. makijażystką, czy stylistką, ponieważ one zajmują się tylko ciuchami i modą i kosmetykami, na czym ja się nie znam, ale takie osoby mogą mieć fajną wiedzę, mogą być zabawne, mogą mieć genialną osobowość. Mam je skreślać, ponieważ kręg ich zainteresowań nie obejmuje mojego? Trochę nudne to menu!
Zatem tak podsumowując? Mądre kobiety wiedzą, że w różnorodności leży siła i że one mogą dzięki niej się wzbogacić.
Fuck! Ale ja mądra!



Diana:
  Otrzymałaś niesamowite wsparcie od Twojej publiczności, dzięki czemu zgarnęłaś nagrodę dla Cosmo Girl publiczności :) Co ta nagroda Ci dała?

Marta:  Zgarnęłam. Hahaha. Wyrwałam ją innym, hahaha. Tak, to prawda: to było niesamowite, że znajomi, kumpele, koleżanki mnie wspierały. Koledzy też, ale tu nie spodziewałam się takiego wsparcia ze strony kobiet. Mea culpa. To, powiem Ci, był miesiąc – kiedy trzeba było głosować – kiedy ja naprawdę przy byle rozmowach z dziewczynami i kobietami się wzruszałam. Gdy słyszałam, że takie kobiety/dziewczyny jak ja powinno się usłyszeć w przestrzeni publicznej. Że takie jak ja powinny właśnie być zauważone: chodziło im, „moim” dziewczynom o tę inność.
Co może dać mi ta nagroda? Mam nadzieję, że ludzie lub wydawcy książek zobaczą, że ludzie chcą takie osoby czytać. Widzieć. Na takie chcą głosować, które – no, nie ukrywajmy – nieco odstają od reszty.
Co nie oznacza, że każda z pozostałych dziewcząt była do siebie podobna czy nie była unikatowa. A były…. Tak różnorodne nasze dziewczyny, że sama wiesz, że to aż niesamowite było!
Suma summarum mam nadzieję, że da możliwość pokazania, że kobieta nie musi być standardowo piękna czy mieć standardowego, akuratnego zachowania, aby zdobyć tytuł publiczności.


fullsizeoutput_5804jpeg

Sonia Pałęga, Ja, Marta Płusa podczas Finału Akcji Mocne Strony Kobiet


Diana:
  Wyprowadziłaś się do Berlina? Co ma Berlin, czego nie ma lub czego nie mogła dać Warszawa?

Marta:  Niebieska usta! :) Żartuję, tu chodzi o coś więcej: też niebieskie włosy, różowe włosy, kolorowe piegi przyklejane… Czyli ta wolność.
Ale też pod względem ekonomicznym: w Niemczech czuję, że tu stać mnie na normalność. Ja nie prosiłam w Warszawie o bogactwo, ale chciałam normalności. Nie zastanawiać się, czy stać mnie na dziecko. Tak, bo na dziecko musi stać, bo manną z nieba dziecka się nie nakarmi. Do tego trzeba mieć mózg, jeśli chce się je mieć, a nie sądzić, że „jakoś to będzie”.
Warszawa, choć to jest moje kochane miasto, i wydawać by się mogło, że jest to takie europejskie, takie nowoczesne miasto, to nadal, gdy wchodzi się do knajpki, do metra, do tramwaju – patrzą się na ciebie. A nie daj Bogini, masz kolorową bluzę czy kolorowe włosy… Gdy miałam krótkie włosy postawione w irokeza, dziewczyny w moim wieku gadały za moimi plecami: „Taka ładna, a tak się oszpeca”. O kwestiach aborcyjnych nie wspomnę w Warszawie – tu każdy wie wszystko lepiej i uważa za słuszne przekazać to swoje zdanie. I mówię to ja: przemądrzała osoba, która uważa, że ma rację.
Warszawę kocham. Naprawdę uwielbiam to miasto, mój kraj, ale chyba właśnie dlatego musiałam wyjechać, gdy patrzę, co się dzieje w kraju.
Ponadto Warszawa nie dała mi przygody – przeprowadzka do Niemiec (najpierw Bawaria, teraz Berlin) to jest taka „trudna szkoła”, jak sam mój szef i szefowa w pracy mówią: „Tu, z Niemkami, musisz niestety przepychać się łokciami. Tu przetrwają tylko najsilniejsi”. To jest bycie samodzielną, walka z trudnościami, jak na przykład nieśmiałość… Wiedziałaś, że jestem nieśmiała? Nie, bo jako dziecko byłam, ale czułam jednocześnie i czuję, że albo „przegonię moje świńskie psy”, jak to mówią Niemcy, albo niczego w życiu nie będę miała, dlatego zapominam o nieśmiałości i jestem sobą. I Niemcy, Berlin, ta przeprowadzka upewniły mnie w przekonaniu, które miałam w sobie od dziecka: ja mogę niemalże wszystko. Tylko muszę szukać sposobu.
Dały mi jakiś dreszczyk emocji: coś nowego, ta walka, bo przecież tu nikt mi nie pomoże… ba! Polka to jeszcze utrudni, jak taką spotkasz na swej drodze!…. Zatem jesteś sama, zatem musisz wykorzystać swoje mocne strony.



Diana:  Jakie są Twoje Mocne Strony? :)

Marta: Brak wad. Hahahaha. A tak poważnie, to chyba właśnie to, że jestem pełna wad: mówię, co myślę. Jestem za głośna i zbyt impulsywna, gdy ktoś zachowa się nie fair. Ponoć zbyt duże marzenia.

Moją mocną stroną jest to, że… jestem dziwna.

Ludzie przez całe życie mówili, że jestem dziwna i nie wiedziałam, co mają na myśli. Na przykład szłam do towarzystwa i słyszałam od ukochanego czy przyjaciółki: „Ale zachowuj się, proszę”, po czym wychodząc z imprezy, byłam zadowolona, że byłąm normalna, a potem słyszałam: „Ehh, musiałaś?”. I nigdy nie wiedziałam, co robię czy mówię dziwnego.
Moją mocną stroną jest to, że nie przepraszam za to, że siebie lubię – nam, kobietom, wmawia się, że mamy być skromne. Z jakiej racji? Chłopców uczy się być pewnym siebie, wmawia im się, że testosteron nimi włada, a on włada światem, że chłopcy mają zdobywać swoje, mają być przebojowi. A dziewczynki? Jak dziewczyna mówi: „Lubię siebie!”, to jest arogancka i zbyt pewna siebie. Zadufana w sobie. Facet? Ma jaja. Ma testosteron. Kiedy on walczy o swoje, jest przebojowy. Dziewczynka/dziewczyna/kobieta? Krnąbrna.
Moją mocną stroną jest to, że jak coś sobie ubzduram, to zrobię po swojemu. Że wysłucham kogoś, będę przytakiwała, mówiła: „Mhm. Mhm. No tak, tak, rozumiem, ALE….”. To „ale” jest moje. Jest napisane wielkimi literami.


Diana Dyba